Gdy nie umiesz wybrać…

gdy nie umiesz wybrać

Wybór jest ważny, myślę, że wszyscy się z tym zgodzimy. Wolność wyboru to jedna z naszych fundamentalnych praw (opowiadałam o tej wolności we wpisie „chcę mieć wybór” -> PRZECZYTAJ )

Czasami jednak możliwość wyboru bywa przekleństwem. Gdy nie umiesz wybrać, gdy mnogość ofert przytłacza do tego stopnia, że nie jesteś w stanie podjąć żadnej decyzji… Tu nie ma znaczenia skala wyboru, jego waga, cena. Czasem dochodzisz do momentu, gdy jakakolwiek decyzja wydaje się ponad siły. Obojętnie, czy wybierasz krem do twarzy w drogerii czy nowe mieszkanie.

Paradoksalnie – im większy masz wybór tym trudniej jest podjąć decyzję. Ostateczną. Jak w Milionerach. I właśnie – paradoksalnie – to słowo klucz, bo to z czym się właśnie mierzysz – gdy nie umiesz wybrać – to właśnie paradoks wyboru, o którym genialnie opowiada w swoim wykładzie na konferencji TED – profesor Barry Schwartz.

Gdy nie umiesz wybrać – wykład „Paradoks wyboru” Barry’ego Schwartz’a na konferencji TED

Jeśli masz 20 minut – wysłuchaj proszę – obiecuję, że nie będziesz żałować. Sam autor tak trafnie w dwóch zdaniach podsumowuje swój przekaz:

Im więcej masz do wyboru, tym bardziej jesteś nieszczęśliwy. Uspokój się i doceń to, co masz. Inaczej zwariujesz

prof. Barry Schwartz

Pokolenia przed nami marzyły o takim dobrostanie. Wyobrażały sobie, że to stan bliski ideałowi – wchodzisz do sklepu z półkami uginającymi się od towarów. Podróżujesz bez granic. Wybierasz mieszkanie, a nie bierzesz to z przydziału. Samochód kupujesz dowolnej marki, koloru, wyposażenia. Zapisujesz dziecko do idealnego przedszkola – wybieraj jakie chcesz: prywatne, państwowe, obcojęzyczne, rozwijające ruchowo. Wybierasz zajęcia dopasowane do Twoich potrzeb – joga, fitness, kurs rysunku, tenis, skałki, narty? Proszę bardzo! RAJ!

Pozorny raj. Bo często KONIECZNOŚĆ DOKONANIA WYBORU przerasta. Zadajesz sobie milion pytań.

A może tamta oferta byłaby lepsza?
Jakie konsekwencje poniosę wybierając to?
A co jeśli wybiorę źle?

Analizujesz bez końca. Porównujesz. Robisz tabele za i przeciw. Czytasz opinie w sieci (palec do budki, no bo kto tego nie robi?) i podpytujesz rodzinę i znajomych. I odkładasz decyzję na wieczór, na jutro, do poniedziałku, do początku miesiąca, do Nowego Roku. W nieskończoność.

Pół biedy, jeśli robisz to przy naprawdę poważnych decyzjach – kupnie mieszkania, wyborze pracy czy kredytu hipotecznego. Tu ostrożność i brak pośpiechu są nawet wskazane.

Ale jeśli przenosi się to na tak drobne i przyziemne decyzje jak kupno wspomnianego kremu do twarzy czy wycieczki na majowy weekend – niech natychmiast zapali się czerwona lampka.

Bywam w tym miejscu. Czasem mam wrażenie, że mój mózg od pierwszych chwil po przebudzeniu eksploduje od nadmiaru pytań. Czy już wstać? Poćwiczyć jogę rano czy dopiero wieczorem? Czy wodę po przebudzeniu pić ciepłą czy zimną? Z cytryną czy bez? Co mam na siebie włożyć? Muszę dziś umyć głowę? A jakim szamponem? Czy dziś nakładać odżywkę? Proteinową czy humektanty? Co zjeść na śniadanie? Białkowo-tłuszczowe czy węglowodany? A jeśli węglowodany to koktajl czy owsiankę?

Tak w okolicach południa jestem już tak zmęczona, że mam ochotę powtórzyć za filozofem:

Powinienem popełnić samobójstwo czy zrobić sobie kawę?

Albert Camus

Absurd? Zapewne. ale każdy kto padł ofiarą paraliżu decyzyjnego zbije ze mną piątkę. Pytanie zasadnicze brzmi –

jak nie doprowadzać do momentu gdy nie umiesz wybrać?

Jest – na szczęście kilka wyjść, dzięki którym podejmowanie decyzji stanie się prostsze. Wszystkie faktycznie działają, ale choć praktykuję je od niedawna to niestety wciąż należę do osób, którym pewne decyzje (albo ich większość) przychodzą z trudem. Więc liczę na to, że ten post pomoże i mnie usystematyzować wiedzę i działania. Spisane prawdy zawsze bardziej do mnie trafiały 🙂

1. Chciej mniej

Jeśli wierzyć podziałowi zastosowanemu przez prof. Schwartz’a – dzielimy się na dwie grupy. Na maksymalizatorów i satysfakcjonatorów.

Maksymalizator (maximizer) – to osoba, która zawsze szuka i akceptuje tylko to, co najlepsze.

Satysfakcjonator (sufficer) –
to ktoś, kto zadowala się czymś „wystarczająco dobrym” i nie martwi się możliwością, że może istnieć lepszy wybór.

Widzisz tutaj siebie? Bo ja niestety tak. Spuszczam głowę i dołączam do grona maksymalizatorów. A przynajmniej byłam nim nieświadomie do niedawna. Strasznie, ale to strasznie nie lubię dokonywać wyborów i dowiadywać się później, że odrzucona opcja była lepsza. Bardzo długo analizuję, odkładam decyzję w czasie do momentu, aż sprawdzę wszystkie z możliwych opcji. Szukam potwierdzenia, że moja decyzja jest właściwa. I robię to czasem w tak nieistotnych naprawdę kwestiach, które zupełnie nie powinny zaprzątać mi głowy na dłużej niż kilka minut.

To nie jest dobra droga. Zawsze, ale to zawsze istnieje ryzyko popełnienia błędu i dokonania wyboru czegoś, co nie jest idealne, albo najlepsze z możliwych. Wiecie, że podobno maksymalizatorzy są jeszcze bardziej nieszczęśliwi niż perfekcjoniści? Zatem perfekcjonizmowi i maksymalizowaniu mówimy „Pa!”.

Czasami, dokonanie złego wyboru jest lepsze niż nie dokonanie żadnego. Osoba stojąca na rozdrożu dróg, nieumiejąca wybrać, nigdy nie pójdzie do przodu.

Terry Goodkind – Pierwsze prawo magii

Jak to zrobić? Jak zmniejszyć oczekiwania?

Szukać opcji „wystarczająco dobrej” i obniżyć wymagania

Jeśli chcę zapisać się na jogę to nie muszę analizować oferty każdej szkoły w mieście pod kątem ceny, godzin otwarcia i interesujących mnie zajęć, wielkości sali, wielkości parkingu, czasu dojazdu, kwalifikacji instruktorów. Wybieram dwie cechy, na których zależy mi najbardziej – np. zajęcia ukierunkowane na kręgosłup, które odbywają się wieczorem we wtorek i czwartek. I pierwsza szkoła, która spełni moje oczekiwania – będzie szkoła, którą wybiorę. Bez dalszego analizowania.

Idealnie byłoby zamówić na narty hotel, który będzie świetnie wyposażony, w stylu chalet – bo będą fajne zdjęcia, będzie miał smaczne jedzenie, basen i siłownię, będzie blisko stoku, będzie miał wypożyczalnię nart i sprzętu na miejscu i szkółkę narciarską i instruktorów, dobre wi-fi, duży przestronny pokój, bedzie w centrum miasteczka. Ale ponieważ tym razem nie szukam oferty idealnej, a wystarczająco dobrej – skupiam się na dwóch warunkach, które absolutnie muszą być spełnione (przetestowane przez lata)- hotel przy stoku i świetna kuchnia hotelowa z pełnym wyżywieniem (po całym dniu na nartach poszukiwanie lokalu żeby zjeść obiadokolację na mieście po prostu nas przerastają).

W poranku maksymalizatorki musi znaleźć się joga, automasaż, szczotkowanie na ucho, medytacja, prysznic, poranne strony w dzienniku i czytanie książki. W poranku wystarczająco dobrym zadowala mnie (jako pretendentkę do zostania satysfakcjonatorką) automasaż karku, szczotkowanie ciała na sucho i szybki prysznic. Wolę dłużej pospać, a jogę i czytanie książki przełożyć na wieczór – kiedy zdecydowanie bardziej potrzebuję odprężenia i chwili dla siebie.

Uwierz mi na słowo – im większe oczekiwania masz wobec rezultatów swojej decyzji tym większe istnieje ryzyko Twojego rozczarowania po dokonaniu wyboru.

Pojawi się poczucie straty (patrz niżej – koszt alternatywny). Zawsze lepiej jest być miło zaskoczonym – gdy oczekiwania nie są wygórowane, niż niemiło rozczarowanym – gdy oczekiwania windujesz do górnej granicy.

Wybierając jogę i wchodząc na matę na zajęciach po raz pierwszy wyobrażałam sobie siebie w tych wszystkich fikuśnych pozach, smukłą, zgrabną, giętką, stojącą na głowie, zrelaksowaną, bez kropi potu (rasowa maksymalizatorka). Tymczasem pierwsza lekcja to był horror. Szczytem możliwości (i to nieosiągniętym – dodam) było sięgnięcie palcami rąk do palców stóp bez zginania kolan. Dramat. Milion razy w ciągu tych 50 minut pomyślałam, że mogłam wybrać rower, bieganie, a najlepiej to kanapę (ach te utracone korzyści). Gdybym wystartowała z założeniem, że chcę po prostu rozruszać ciało i trochę się spocić dla zdrowia – moje pierwsze zajęcia zakończyłyby się z dużo większą satysfakcją. Na szczęście nie poddałam się wtedy i teraz matę i jogę uwielbiam i cieszy mnie każdy zdobyty centymetr 🙂

2. Nie drap się, jeśli nie swędzi

Brzmi enigmatycznie, ale to bardzo posta zasada. Nie myśl o tym „co by było gdyby…” Dokonujesz wyboru i na tym koniec. Nie analizujesz już innych opcji, nie zadręczasz się myśleniem o utraconych korzyściach, cieszysz się z podjętej decyzji. I tyle.

Pamiętam z wykładów ekonomii pojęcie kosztów alternatywnych (pewnie nie uwierzysz, ale ja bardzo lubiłam ekonomię i jej logikę – serio! Bardzo wiele pamiętam z tamtych lekcji i wiele z tych zasad, teorii, modeli- znajduje zastosowanie w codziennym życiu, niekoniecznie tylko w odniesieniu do pieniędzy. Ale do brzegu!)

Koszt alternatywny – wartość najlepszej z możliwych korzyści, utraconej w wyniku dokonanego wyboru.

wikipedia

Jeżeli alternatywne rozwiązanie dałoby lepsze efekty niż to wybrane przeze mnie to oznacza, że podjęta decyzja była zła.

Zobacz – DAŁOBY – to tylko gdybanie. Zupełnie niepotrzebne w większości wyborów. Staram się już nie obwiniać o błędną decyzję i zadręczać tym co MOGŁOBY być. Odrzucam tym samym poczucie straty, a skupiam się na radości z podjętej decyzji. I wciąż i wciąż powtarzam sobie, że nie musiała być perfekcyjna tylko wystarczająco dobra!

3. bądź jak dziecko

Jak to jest, że człowiek taki mądry, a taki głupi. W teorii – mistrz, w praktyce nowicjusz popełniający podstawowe błędy. Moim najlepszym nauczycielem i weryfikatorem poglądów i teorii jest codzienne życie…i dzieci!

Moje dzieciaki to już niemal (!) nastolatki – niemal, bo młodszy właśnie kończy 10 lat i z dumą obwieścił, że zaczyna jedenasty rok życia, czyli jest już nastolatkiem. Przeżyłam więc z nimi ten pierwsze 10 lat życia i pierwsze lekcje podejmowania decyzji.

Jeśli jesteś mamą lub tatą malucha w wieku późnożłobkowym – wczesnoprzedszkolnym to doskonale znasz tę zasadę:

pozwól decydować, ale (na litość Boską!) ogranicz wybór!

Bardzo szybko w kwestii ułatwiania życia sobie i nauki podejmowania decyzji przez córkę lat 3 (która od urodzenia jest dość stanowczym stworzeniem i najchętniej decydowałaby o WSZYSTKIM) nauczyłam się, że:

  • pytając ją o 7 rano rano „którą koszulkę chcesz dziś założyć do przedszkola – z hello kitty czy myszką miki?”, istniał cień szansy, że zdążymy wyjść z domu o czasie.
  • Jeśli nieostrożnie i w roztargnieniu zapytałam „jaką koszulkę chcesz dziś założyć?” było trudniej i dłużej. Czasem udawało nam się dotrzeć do przedszkola tuż przed przedszkolnym śniadaniem (czyli ok 8:30).
  • ale jeśli – o zgrozo! – zadałam pytanie „CO chcesz dziś ubrać do przedszkola?” – to było już pozamiatane. Z całą pewnością mogłam zapomnieć o odstawieniu rozkrzyczanej i tupiącej istotki pod drzwi przedszkolne przed dziesiątą. Wyjście z domu poprzedzone było trzema awanturami, piętnastoma zmianami decyzji, fochami, rozdzierającym płaczem i moim załamaniem nerwowym.

Jaki z tego morał? Gdy nie umiem wybrać – traktuję siebie jak dziecko – zdecydowanie ograniczam sobie opcje wyboru. Najlepiej niech będą to 2-3 możliwości – wtedy mogę poszaleć z ulubionymi analizami szczegółów.

4. poczuj rytm

Nie, nie, nie. Ne musisz zapisywać się na tańce. Poczuj rytm….czyli wprowadź rytm do swojego planu dnia.

Tak naprawdę nasze codzienne życie składa się setek małych decyzji, które podejmujemy praktycznie co chwilę.

Czy już wstać, czy umyć dziś głowę, czy poćwiczyć rano czy wieczorem, najpierw kawa czy śniadanie, jadę autem czy idę na pieszo, jem w domu czy po drodze do pracy…setki małych decyzji…

Jeśli masz problem z systematycznością i wyborami – tak jak ja – nie zostawiaj sobie otwartej furtki. Nie musisz planować od raz calutkiego dnia, ale usystematyzowanie pewnych codziennych czynności bardzo odciąża wymęczoną ciągłym decydowaniem głowę. Bardzo fajne zdanie znalazłam na blogu Justyny-Blimsien w artykule o nawykach

Jeśli będę codziennie decydować czy chcę zrobić te rzeczy, a potem myśleć, kiedy je zrobić, nigdy ich nie zrobię

blimsien.com

Kiedy przed dwoma tygodniami usiadłam i minuta po minucie przeanalizowałam – zainspirowana artykułem Justyny – wszystkie małe wybory minionego dnia – okazało się, że wiele z nich mogłabym całkowicie wyeliminować wprowadzając nawyki. O wiele łatwiej jest funkcjonować kiedy pewne czynności zautomatyzuję, połączę ze sobą w pary i/lub wyznaczę im stałą porę. Wszystko to biorąc pod uwagę REALNE warunki, nie te moje wymarzone i IDEALNE.

I tak zaczęłam od usystematyzowania poranków.

Staram się wstawać o stałej porze. Po przebudzeniu NIE SIĘGAM po telefon – i żeby to sobie ułatwić ustaliłam w telefonie limit czasu – w godzinach 22:00 – 9:00 wszystkie aplikacje są zablokowane. Mogę je oczywiście wyłączyć, ale samo już zerknięcie i komunikat o blokadzie wystarczają, by przypomnieć mi o swoim postanowieniu.

Przy myciu zębów przez dwie minuty stoję równocześnie na dysku sensomotorycznym (to taka dmuchana poduszka z kolcami) i masuję stopy, żeby pobudzić je z rana, bo bardzo pomaga mi to przy rozmasowaniu przykurczonych i bolących rozścięgien podeszwowych. Potem nakładam odżywkę na suche włosy (żeby przygotować je do mycia) i gdy czekam aż zacznie działać to przez kilka minut robię masaż ciała szczotką na sucho. Szybki prysznic, balsam i mogę zaczynać dzień. Wszystkie akcesoria trzymam na widoku w łazience, żeby niczego nie pominąć i śmiało mogę powiedzieć, że to działa!

Nagle w porannych 30 minutach „upchnęłam” czynności, na które wciąż nie mogłam znaleźć czasu i podjęcie decyzji o robieniu ich odwlekałam od dawna. Już nie muszę zastanawiać się kiedy uda mi się zrobić suchy masaż, albo jak i kiedy wygospodarować chwilę na masaż stóp czy olejowanie włosów.

Wszystko „robi się” niemal samo, automatycznie przechodzę z czynności do czynności.

Najtrudniejsze było….ograniczenie wyboru. Wiadomo – jako perfekcjonistka-maksymalizatorka miałam zapędy do wrzucenia w poranek jeszcze jogi (choć nad nią wciąż myślę po przebudzeniu), czytania książki, masażu twarzy czy porannych stron w dzienniku. Jednak REALNIE określiłam ramy czasowe i wybrałam to, co dla mnie dziś najważniejsze. Resztę czynności przeniosłam na inne pory dnia (joga, masaż twarzy, książka) lub na dzień dzisiejszy z nich zrezygnowałam (poranne strony). Ufff….naprawdę się da!

Tylko tyle i aż tyle. Mam nadzieję, że pomogłam i Tobie (i sobie przy okazji) drogę do podejmowania kolejnych wyborów – tych małych i tych dużych. Postaram się za jakiś czas wrzucuć moje postępy, a może znajdę jeszcze inne ciekawe metody…kto wie.

Jeśli masz jakieś swoje sproawdzone sposoby na ułatwianie wyborów i decyzji – chętnie je poznam!

Pisz, komentuj, udostępniaj posta innym. Po tylu latach prowadzenia bloga wnętrzarskiego z wieloma sukcesami i znakomitym gronem odbiorców, trudno jest wróci do blogowania od zera. Znów zaczynam. Liczę, że i tym razem uda mi się zgromadzić wokół tego miejsca wspaniałych ludzi. Jeśli pomożesz – mam szansę 😉

Miłego dnia!

Ania